Ludzie i instytucje
Po jednej stronie państwowa firma i dwie włoskie agencje. Po drugiej kilku dziennikarzy i kilkaset kobiet. Nazwiska podajemy w takiej formie, w jakiej występują w źródłach: pełne tam, gdzie zostały opublikowane, ze skrótem tam, gdzie prasa je skróciła.
Czym było ZPR
Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe (ZPR) to państwowe przedsiębiorstwo utworzone w 1948 roku zarządzeniem Ministra Kultury i Sztuki, w porozumieniu z Ministrem Skarbu i Prezesem Centralnego Urzędu Planowania. Zadanie zapisano tak: „dostarczenie godziwej i popularnej rozrywki przez organizowanie i prowadzenie parków kultury, cyrków i lunaparków oraz zwierzyńców objazdowych”.[20] Z czasem ZPR objęło niemal całą rozrywkę masową PRL: cyrki, estradę i variétés, szkolenie artystów, festiwale, w tym festiwale w Sopocie i Opolu, „rozwój współpracy i wymiany zagranicznej w zakresie usług artystyczno-rozrywkowych”, loterie i salony z flipperami i automatami do gier.[21] To w ramach tej „wymiany międzynarodowej” Biuro Imprez Artystycznych ZPR i jego dział eksportu i importu podpisywały kontrakty z włoskimi agencjami.[2][3]
Skąd się wzięło
Poprzednikiem ZPR było przedsiębiorstwo państwowe „Naczelna Dyrekcja Widowisk Rozrywkowych”, utworzone zarządzeniem Ministra Kultury i Sztuki z 2 maja 1946 roku. Zarządzenie z 30 marca 1948 roku przemianowało je na Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe z siedzibą w Łodzi.[20] ZPR nie miało założyciela w sensie osoby: powołał je minister, a kierowała nim Dyrekcja, „powoływana i zwalniana przez Ministra Kultury i Sztuki, składająca się z Dyrektora, reprezentującego Dyrekcję samodzielnie oraz dwóch zastępców”.[20] Był to zwykły tryb dla przedsiębiorstwa państwowego. Dyrektorów z lat 50., 60. i 70. źródła dostępne w sieci nie wymieniają; w 1981 roku dyrektorem był Stanisław Nowotny.[2]
Jak trafiło do tego interesu
Wyjazdy artystów za granicę były w PRL państwowym monopolem, a państwo zarabiało na nich dewizy. Głównym pośrednikiem była Polska Agencja Artystyczna Pagart, utworzona 31 grudnia 1956 roku i zlikwidowana w 1992.[23] „Bez Pagartu nikt nie mógł wyjechać na zagraniczny kontrakt”, wspominał Wojciech Mann. Pagart pobierał 10 procent zarobków za występy w „krajach bratnich” i 20 procent w kapitalistycznych i pełnił rolę biura paszportowego: artysta odbierał w nim paszport przed wyjazdem i oddawał po powrocie. Maryla Rodowicz pisała, że zdarzało się, iż przedstawiciel Pagartu „sam zgłaszał się po odbiór wymyślonej przez siebie sumki, czasem nawet dając do zrozumienia, że nie pogardziłby inną formą wypłaty, na przykład w naturze”.[44] Takie były obyczaje w państwowym handlu artystami, w którym działało też ZPR. ZPR miało w statucie „rozwój współpracy i wymiany zagranicznej w zakresie usług artystyczno-rozrywkowych” i własne Biuro Imprez Artystycznych z działem eksportu i importu.[21][3] Dyrektor Nowotny tłumaczył cel wprost: „Eksportując nasze zespoły, zarabiamy na honoraria dla artystów zagranicznych sprowadzonych do Polski”.[2] Jak i kiedy dział eksportu ZPR nawiązał kontakt z Olivero, mówi tylko jedno zdanie: Cassaglia „poznał pewnego Węgra, artystę estradowego, który dał mu namiary na pracowników ZPR”, i w 1980 roku „zaczął penetrować ten rynek”.[2] Dobrowolska datuje werbunek od 1977 roku.[5] Wcześniejszej historii tego kanału nie znamy.
Kto pozwolił
Ogłoszenie firmował Dzielnicowy Dom Kultury Ochota z Biurem Imprez Artystycznych ZPR; kwalifikacje prowadziły „uprawnione komisje” ZPR; paszporty służbowe wystawiano kobietom jako pracownicom ZPR; kontrakty podpisywano w biurze ZPR; pieniądze szły przez konsulat PRL w Mediolanie.[2][3] Każdy z tych szczebli był państwowy. Oskarżono i skazano wyłącznie pracowników działu eksportu i importu, w zawieszeniu.[1][2] Nikt z kierownictwa ZPR, Ministerstwa Kultury ani służby konsularnej nie został pociągnięty do odpowiedzialności, przynajmniej według dostępnych źródeł.
Co się z nim stało
ZPR nie było więc ani firmą-krzakiem, ani prywatnym pośrednikiem. Było instytucją państwa. Właśnie dlatego, jak przyznał rzecznik milicji, proceder „nosił znamiona legalności”.[2] Przetrwało do końca PRL. 23 września 1991 roku minister kultury uruchomił przekształcenie przedsiębiorstwa i tego samego dnia odwołał jego dyrektora naczelnego Zbigniewa Benbenka; tydzień później powstała spółka pracownicza ZPR S.A., która 7 października podpisała ze Skarbem Państwa umowę leasingu majątku, a na jej czele stanął ten sam Benbenek. Najwyższa Izba Kontroli uznała później, że prywatyzację przeprowadzono niezgodnie z ustawą, a majątek zaniżono o 4,81 mln zł.[24][25] Dziś ZPR S.A. prowadzi sieć kasyn i jest większościowym udziałowcem grupy medialnej.[21] Według jego prasowych biografii Benbenek, urodzony w 1949 roku, pracował w ZPR od drugiej połowy lat 70., zajmując się automatami do gier, czyli inną częścią przedsiębiorstwa niż dział eksportu zespołów.[25][39] Żadne źródło dotyczące sprawy z 1981 roku nie wymienia go ani innych późniejszych właścicieli; ich związek ze sprawą sprowadza się do ciągłości firmy. Zespół akt „Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe w Warszawie” figuruje w państwowej bazie archiwalnej szukajwarchiwach.gov.pl.[22]
Strona polska
- Stanisław Nowotny
- Dyrektor Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych (ZPR) w 1981 roku, w części źródeł „Stanisław N.”. Stanowczo zaprzeczał kontaktom firmy z mafią: kontrakty zawierano „tylko z licencjonowanymi agencjami artystycznymi. Takimi jak Thea Maggioli i Olivero”. Bronił eksportu („Eksportując nasze zespoły, zarabiamy na honoraria dla artystów zagranicznych sprowadzonych do Polski”), bronił aresztowanego Cassaglii („może nie był zbyt wykształcony, ukończył sześć klas szkoły powszechnej, ale bardzo się angażował”; Kowalik przypisuje te słowa Nowotnemu, Dzierżanowski kierownikowi działu eksportu i importu) i wskazywał na klauzulę „konsumpcja nieobowiązkowa”.[2] Nie był oskarżony; źródła nie mówią, czy poniósł jakiekolwiek konsekwencje. Według nekrologu z sierpnia 2015 roku Stanisław Nowotny był w latach 1974–1979 dyrektorem Estrady Poznańskiej i twórcą festiwalu Międzynarodowa Wiosna Estradowa (1976–1980), a „potem” dyrektorem Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych. Nekrolog przypisuje mu wprowadzenie opieki impresaryjnej „na wzór zachodni” i otwarcie Krzysztofowi Krawczykowi drogi na rynki zachodnie; w ostatnich latach zasiadał w zarządzie Fundacji Zakłady Kórnickie. Zmarł w sierpniu 2015 roku w wieku 75 lat. Nekrolog nie wspomina o sprawie z 1981 roku. To niemal na pewno ten sam człowiek: to samo imię i nazwisko, to samo stanowisko, te same lata.[38]
- Jan Ch., kierownik działu eksportu i importu ZPR
- „Kurier Polski” pisał o „aresztowaniu grupy polskich sutenerów zatrudnionych w dziale eksportu ZPR”. Reporter „Kulis” dotarł do Jana Ch., zwolnionego z aresztu po 48 godzinach, który przedstawił się jako kierownik tego działu: „podpisałem w ubiegłym roku zgodę na wyjazd do Włoch tylko kilku zespołów variété. Chyba że ktoś pod szyldem mojej instytucji organizował nielegalny transport”.[2][3] W 1984 roku kierownik działu eksportu i importu ZPR został skazany na dwa lata w zawieszeniu i grzywnę, wyłącznie za przestępstwa dewizowe.[1][2] Źródła nie potwierdzają wprost, że to ta sama osoba.
- Pracownicy działu zagranicznego ZPR
- Oskarżeni, skazani na rok w zawieszeniu i grzywny.[1] Przed sądem twierdzili, że akt oskarżenia jest „pomówieniem niewinnych ludzi, którzy starali się przysporzyć firmie dewiz, tak bardzo brakujących w skarbcu państwa”.[2] Ich nazwisk żadne dostępne źródło nie podaje. Jeden z nich przyznał przed kamerą „Atrakcji z tłem”, że za wysyłanie „baletnic” brał od Włochów łapówki w dolarach.[2][3] Lewandowski opisał innego, który brał od kobiet 20 dolarów za noc z klientem i 500 dolarów od właściciela klubu za miesięczny ryczałt; poświęcił przy tym akapit jego orientacji seksualnej, co Dzierżanowski słusznie nazywa wyeksponowaniem nieistotnego faktu.[2][3]
- Naganiacze „na etatach specjalistów od choreografii”
- Tak „Antena” określiła ludzi, którzy prowadzili kwalifikacje. Ich nazwisk prasa nie podała.[2]
- Dzielnicowy Dom Kultury Ochota
- Współorganizator naboru według ogłoszenia z 1980 roku. Jego rola poza ogłoszeniem nie jest w źródłach opisana.[3]
Strona włoska
- Olivero, Alessandria
- Licencjonowana agencja artystyczna, która zamawiała zespoły w ZPR. „Antena” pisała, że jej bossowie to „znani w tamtym kraju przestępcy”.[2] W poprzednim roku jej ludzie byli w Polsce sześć razy i „zakupili cztery zespoły”.[2] Po procesie zerwała wszystkie kontakty z polskimi kontrahentami.[2]
- Camillo Cassaglia, w prasie włoskiej Carmelo Cassalia
- Polskie źródła podają „Camillo Cassaglia”; turyńska „La Stampa” w 1981 roku pisała o nim konsekwentnie „Carmelo Cassalia, 51 anni” i nazwała go byłym właścicielem („fu proprietario”) klubu Omnibus w Cassano Spinola pod Alessandrią.[26][27] Chodzi o tę samą osobę: ten sam wspólnik, ten sam klub, to samo aresztowanie w Warszawie. Impresario Olivero. Zaczął „penetrować” polski rynek w 1980 roku; „w swoim kraju poznał pewnego Węgra, artystę estradowego, który dał mu namiary na pracowników ZPR”. Osobiście witał grupy na lotnisku. Aresztowany wraz z Massierim w Hotelu Europejskim, gdy przyjechali „po nowy transport”. Nazwiska obu ujawniło „Życie Literackie”. Wypuszczony za kaucją 100 tysięcy dolarów, wrócił do Włoch i zmarł na raka płuc na kilka miesięcy przed procesem.[2][3]
- Claudio Massieri, w prasie włoskiej Carlo Masseri
- Zastępca Cassaglii. „La Stampa” podaje imię Carlo i nazwisko Masseri i pisze o obu Włochach, że „byli zaangażowani w nocny klub »Omnibus« w Cassano Spinola, a obecnie zajmują się agencją sprowadzającą do Włoch polskie tancerki i innych artystów”.[26] To jedyna informacja o nim poza polskimi źródłami. W przeszukanych numerach „La Stampy” z lat 1974–1985 i w archiwum „l’Unità” z lat 1970–1995 jego nazwisko w żadnej pisowni nie pojawia się ponownie; nie znamy jego wieku, miejsca zamieszkania ani dalszych losów. Aresztowany razem z nim, wypuszczony za kaucją, nie stawił się na proces. „Polska nie miała wówczas umowy z państwem włoskim na ekstradycję”, a jego adresu śledczy nie znali.[2]
- Thea Maggioli i Mario Gaviraghi
- Druga agencja i jej właściciel, który według polskich źródeł „przezornie nie przekroczył polskiej granicy”.[2] Nazwa „Thea Maggioli” pojawia się wyłącznie w polskich źródłach; we włoskiej prasie z epoki ta sama działalność występuje jako „agencja teatralna” przy via Pietrapiana we Florencji, prowadzona przez Maria Gaviraghiego, 35 lat, i nazywana „Agenzią Gaviraghi”.[34][35] Gaviraghi został aresztowany przez karabinierów we Florencji na początku listopada 1980 roku, cztery miesiące przed artykułem „Anteny”. Jego losy są opisane niżej, w części „Agencja Gaviraghiego we Florencji”. Według Lewandowskiego wyszedł później za kaucją.[8] Mariola z Rzeszowa szacowała, że w jego lokalach pracowało około 700 Polek;[2] włoska prasa pisała o około pięciuset kobietach zatrudnionych przez agencję w ciągu dwóch lat.[35]
- Moulin del Topo
- Zidentyfikowany: to „Mulin del Topo” w Fucecchio pod Florencją. W listopadzie 1980 roku jego właścicielka i dyrektor byli wśród czternastu aresztowanych w sprawie agencji Gaviraghiego.[34][35] Lokal o tej nazwie działa w Fucecchio do dziś; w 2013 roku osoby prowadzące go były wśród 32 osób, wobec których prokuratura wniosła o postawienie przed sądem za związek przestępczy ułatwiający nielegalną imigrację i wykorzystywanie prostytucji w toskańskich klubach.[37] Nie wiemy, czy to ta sama firma co w 1980 roku, i nie łączymy obecnych właścicieli ze sprawą.
- Rosa Pantera, Blue Notte
- „Prowincjonalne kluby w okolicach Mediolanu i Florencji”.[2] Nie udało się ich zidentyfikować. Nie ma ich wśród czterech klubów objętych florenckim śledztwem z listopada 1980 roku.[34] Nazwy nie pojawiają się jako nazwy lokali nocnych ani w przeszukanych numerach „La Stampy” z lat 1981–1985, ani w archiwum „l’Unità” z lat 1977–1986; wyszukiwarki zwracają tylko film „Różowa Pantera” i niezwiązane dyskoteki. Współczesne lokale o podobnych nazwach, na przykład we Włoszech czy w Kostaryce, nie mają w żadnym źródle związku ze sprawą. Możliwe, że polskie źródła podały nazwy niedokładnie, ale tego nie da się sprawdzić bez tekstu „Anteny” z 1981 roku. Właścicieli nie znamy.
Omnibus w Cassano Spinola
Omnibus to jedyny z klubów, który da się dziś umiejscowić i opisać. Stał w Cassano Spinola, gminie w prowincji Alessandria w Piemoncie, niedaleko Alessandrii, gdzie mieściła się agencja Olivero.[27][28] Magda w 1981 roku umieściła go „koło Florencji”;[2] prasa włoska i miejscowe źródła wskazują jednoznacznie Cassano Spinola, co zgadza się z relacją Piotrowskiego, który dojechał do Alessandrii i nocował w Omnibusie.[2][27]
Budynek powstał jako hotel z restauracją w czasach, gdy okolica żyła z turystyki uzdrowiskowej przy źródłach siarczanych w Sardigliano. Z czasem do restauracji dołączył nocny lokal z tancerkami, jeden z pierwszych w prowincji.[29][30] Według „La Stampy” z czerwca 1981 roku to właśnie w Omnibusie odbywał się „pierwszy etap włoskiej drogi” Polek: tam „sprawdzano »zdolności« dziewcząt”, a ich zadaniem było „zabawianie klientów, pijąc z nimi wino albo szampana”.[27] Wcześniej właścicielem lokalu był Cassaglia, w prasie włoskiej Cassalia.[27] Kto był właścicielem w 1981 roku, gazeta nie podaje.
Lokal działał dalej i pozostał w kronice kryminalnej. We wrześniu 1984 roku przed wejściem do restauracji Omnibusa, przy via Villalvernia na drodze z Cassano do Tortony, o trzeciej w nocy wybuchł prymitywny ładunek; straty przekroczyły 50 milionów lirów, a karabinierzy z Novi Ligure skłaniali się ku wymuszeniu haraczu. W grudniu 1984 roku, w noc hucznego otwarcia odnowionego lokalu ze striptizem i gwiazdą telewizji, karabinierzy aresztowali ówczesnego właściciela na podstawie nakazu sędziego z Modeny, pod zarzutem wymuszenia i gróźb w sprawie długu. Ówczesnych właścicieli nie wymieniamy z nazwiska: nie łączy ich ze sprawą z 1981 roku żadne źródło.[31][32] Latem 1985 roku występował tam polski zespół sprowadzony przez Pagart.[2] Na przełomie lat 90. i 2000. policja interweniowała tam wielokrotnie; lokal, przemianowany na Biblos, zamknięto w 2003 roku.[29][30] W 2010 roku nieruchomość kupiła firma z Asti, która planowała mieszkania, ale nie uzyskała zmiany przeznaczenia terenu. W 2014 roku kompleks zalał potok Rio Predazzo. Po kilku nieudanych licytacjach, w tym w 2017 roku z ceną wywoławczą 396 tysięcy euro, w kwietniu 2021 roku sprzedano go za 53 tysiące euro z planem ponownego otwarcia hotelu i restauracji.[29][30] Obecni właściciele nie mają żadnego związku ze sprawą z 1981 roku.
Agencja Gaviraghiego we Florencji
Włoska prasa opisała agencję Maria Gaviraghiego jesienią 1980 roku, zanim ktokolwiek w Polsce napisał o „Dziweksie”. Poniższe opiera się na czterech artykułach komunistycznego dziennika „l’Unità”, odczytanych ze skanów stron; tłumaczenia są nasze.
- Agencja. „Agencja teatralna” przy via Pietrapiana we Florencji, kierowana przez Maria Gaviraghiego, 35 lat, „kontrolowała około pięciuset młodych tancerek, w większości cudzoziemek, które pod groźbą utraty pracy albo odesłania do kraju pochodzenia były zmuszane do prostytucji”. Proceder trwał „od około dwóch lat”, obroty szły w „setki milionów” lirów, a siatka obejmowała Toskanię i Marche.[35] Wśród kobiet gazeta wymienia Algierki, Tunezyjki, Marokanki, Arabki, Hiszpanki i Polki, „przyciągnięte do Włoch mirażem przebicia się w świecie rozrywki”.[34][35]
- Jak to działało. Kobiety podpisywały kontrakty jako „tancerki albo animatorki sali”, a potem „w taki czy inny sposób musiały zamienić się w prostytutki, pod karą utraty pracy”. Po około dwóch tygodniach przychodziło „brutalne przebudzenie”: albo zgadzały się i wchodziły w organizację, albo traciły pracę i musiały wracać do kraju. Kierownicy sal i szefowie kelnerów „przedstawiali” je zamożnym klientom; płacono „butelką szampana” za 10–15 minut, a za wyjście z kobietą z lokalu klient płacił właścicielowi równowartość 15–20 „konsumpcji”, czyli 150–250 tysięcy lirów, skrupulatnie zapisywanych w księdze. Kobieta dostawała z tego 5 procent, tyle samo co kelner, który ją przedstawił.[34][35] Te same kwoty i ten sam odsetek, 200–300 tysięcy lirów i 5 procent, podaje Mariola z Rzeszowa w polskim reportażu z 1982 roku.[2]
- Kluby. Wokół agencji „krążyły trzy florenckie lokale i jeden w Fucecchio”: „Pic Nic Caprice” w Fiesole, „Liberty” przy via Verdi i „River Club” na Lungarno Corsini we Florencji oraz „Mulin del Topo” w Fucecchio, czyli Moulin del Topo z polskich reportaży.[34]
- Jak wyszło na jaw. Śledztwo zaczęło się około półtora roku wcześniej od skargi młodej czarnoskórej kobiety do inspektoratu pracy; potem ministerstwa Pracy i Spraw Zagranicznych zleciły inspektoratowi we Florencji sprawdzenie kontraktów „Agenzii Gaviraghi”.[34][35][36] Na początku listopada 1980 roku karabinierzy aresztowali czternaście osób: Gaviraghiego, „agenta teatralnego, który angażował tancerki”, oraz właścicieli, wspólników, dyrektorów i kelnerów czterech klubów. Zarzuty: stręczycielstwo i czerpanie korzyści z prostytucji.[34][35] Nazwisk pozostałych zatrzymanych nie podajemy, bo nie wiemy, czy zostali skazani.
- Zabójstwo. 3 października 1980 roku w mieszkaniu w dzielnicy Rifredi znaleziono ciało 51-letniej Anny Marii Lazzeretti (w innych tekstach tej samej gazety Lazzarotti), partnerki dyrektora klubu „Pic Nic” w Fiesole, który był też „opiekunem tancerek” i znalazł się wśród aresztowanych. Miała związane ręce i nogi, a usta zatkane parą pończoch i plastrem; zabójca uderzył ją w głowę, a potem udusił. W mieszkaniu mieszkały od tygodnia dwie tancerki klubu, Meksykanka i turynka.[33] Po aresztowaniach gazeta pisała: „Zabójca wcisnął jej do gardła pończochę. Było to wyraźne ostrzeżenie dla tego, kto miał zrozumieć”, i przytaczała słowa prokuratora Antonina Guttadaura, że „może otworzyła się szczelina”.[36]
To jest niemal na pewno zdarzenie, które polskie reportaże opisują jako „dziewczynę uduszoną nylonową pończochą wciśniętą do gardła” w lokalu Gaviraghiego, „wizytówkę mafii, o której ofiara za dużo mówiła”.[2] Szczegół z pończochą w gardle i interpretacja jako ostrzeżenia są te same. Różnią się dwie rzeczy: ofiara była 51-letnią kobietą, a nie dziewczyną, i zginęła we własnym mieszkaniu, a nie w klubie. Gazeta łączyła zabójstwo ze sprawą tylko jako hipotezę. W przeszukanych numerach „l’Unità” do 1987 roku nie ma informacji, czy zabójstwo wyjaśniono ani jak zakończył się proces agencji.
Co ustaliła strona włoska
Turyńska „La Stampa” opisała sprawę trzy razy na stronach poświęconych prowincji Alessandria. Te teksty są jedynym odnalezionym włoskim źródłem z epoki i pokazują, jak sprawa wyglądała z drugiej strony granicy. Tłumaczenia cytatów są nasze.
- 8 maja 1981. Tytuł: „Obaj pracują dla nocnego lokalu w Cassano Spinola. Aresztowani w Polsce za handel białymi niewolnicami. Ale policja i karabinierzy, którzy to badali, wykluczają ten fakt”. Gazeta, powołując się na „Antenę”, pisze o trzystu Polkach i o zatrzymaniu w Warszawie „pod koniec kwietnia” dwóch Włochów, a także o aresztowaniu funkcjonariuszy ZPR, które nazywa „państwową agencją turystyczną”. Kwestura w Alessandrii: „Od pewnego czasu, zwłaszcza od początku pontyfikatu Wojtyły, jest duże zjawisko młodych Polek, które przyjeżdżają również do naszej prowincji jako tancerki; żadna jednak nigdy nie zgłosiła, że została oszukana i zmuszona do prostytucji”. Według włoskiej policji dziewczyny przenosiły się z lokalu do lokalu, przedłużały pozwolenia na pobyt, miały ważne umowy o pracę i jedno marzenie: znaleźć męża i zostać obywatelkami Włoch. „Skandalu” miało nie być, „poza skorumpowanymi urzędnikami, którzy żądali pieniędzy za każdą wizę”.[26]
- 5 czerwca 1981. „Czy polskie tancerki, które przyjechały do Włoch, zostały zmuszone do prostytucji?” Gazeta streszcza artykuł „Życia Warszawy” z poprzedniego dnia: zaangażowanych miało być ponad 1500 kobiet; jedna z tancerek powiadomiła polskie władze konsularne i usłyszała, że „nie można jej pomóc”; Cassaglia miał „wejścia w konsulacie” i za 100 dolarów przedłużał dziewczynom paszporty; „niektóre, prawdę mówiąc nieliczne, wiedziały przed wyjazdem, na co jadą; większość przeżyła jednak szok, gdy zmuszono je do »sprzedawania swojego ciała«”; ośmiu obywateli polskich siedzi w więzieniu. O ofiarach: dwie zaginęły, jedna miała policzki przestrzelone z pistoletu, jedna, która „mogła wiele powiedzieć policji”, zginęła tragicznie zaraz po przekroczeniu polskiej granicy, trzy wróciły w ciąży. W ramce „Perplessità ad Alessandria” miejscowa kwestura powtarza, że żadna z przesłuchanych dziewczyn „nie mówiła o handlu ani o przemocy”, i sugeruje, że to Cassaglia i inni agenci musieli płacić polskim urzędnikom, żeby dokumenty były w porządku.[27]
- 6 czerwca 1981. Drugie włoskie postępowanie, w prokuraturze w Savonie, w Ligurii, na razie jako „czynności wstępne”. Na biurko prokuratora Giuseppe Stipo trafił wcześniej „długi memoriał” impresaria grupy polskich tancerek występujących w lokalach nocnych prowincji Savona, który oskarżał je o zerwanie kontraktu i kradzież kostiumów i ostrzegał sędziów przed wiarą w ewentualne oskarżenia o sutenerstwo; jego nazwiska śledczy nie ujawnili. Gazeta pyta, czy to ten sam człowiek. Według „Życia Warszawy” paszporty tancerek przechowywane przez Cassaglię miały służyć „jako narzędzie szantażu, by zmusić do prostytucji tancerki, które wolały zostać we Włoszech”. Prokuratura i kwestura w Alessandrii ustaliły, że Omnibus gościł polskie tancerki, „jak inne lokale”, ale „na razie” nie dopatrzyły się przestępstwa ani nieprawidłowości. Nad sprawą, pisze gazeta, „ciąży cień śmierci jednej z tancerek, zaginięcia dwóch innych i tajemniczego zranienia czwartej”.[28]
Przeszukaliśmy automatycznie tekst (OCR) numerów „La Stampy” z lat 1974–1985 dostępnych w archive.org (mniej więcej jednej piątej numerów nie udało się pobrać) oraz archiwum „l’Unità” z lat 1977–1986. Poza trzema artykułami z 1981 roku nie ma w nich żadnej wzmianki o Cassaglii, Massierim ani o agencji Olivero: ani o otwarciu Omnibusa za czasów Cassaglii, ani o dalszych losach obu Włochów. Nie znaleźliśmy też żadnego włoskiego rejestru ani artykułu, który potwierdzałby istnienie agencji o nazwie „Olivero”; znamy ją wyłącznie z polskich źródeł. Nie wiadomo, czym skończyły się postępowania w Alessandrii i Savonie.
Dziennikarze
- Jan Śpiewak, „Antena”
- Autor tekstu „Dziwex i mafia” z wiosny 1981 roku („Antena”, 21–26 kwietnia według Dobrowolskiej, marzec według Kowalik), który nadał sprawie nazwę i rozgłos. Jego artykuł jest źródłem większości najdrastyczniejszych twierdzeń.[2][3][7] Poza tym tekstem nic o nim nie wiadomo. Nie jest to ani poeta Jan Śpiewak, zmarły w 1967 roku, ani współczesny warszawski aktywista o tym samym nazwisku, urodzony w 1986 roku. „Antena” była tygodnikiem Radiokomitetu, który do marca 1981 roku ukazywał się jako „Radio i Telewizja” i wtedy, zachowując numerację, przyjął tytuł „Antena – pismo widzów i słuchaczy”; teksty o Dziweksie ukazały się więc w pierwszych tygodniach pod nową nazwą. W katalogach bibliotek numery z 1981 roku mogą figurować pod dowolnym z obu tytułów (ISSN 0208-7782).[43]
- Maciej Piotrowski, „Kulisy”
- Jedyny reporter, który pojechał do Włoch. Redakcja odmówiła delegacji; wziął „dla niepoznaki” delegację do Poznania, dojechał okazją do Alessandrii, dwa dni żywił się prowiantem z Polski i nocował w Omnibusie. Był kluczowym świadkiem w procesie, bo jako jedyny widział boksy.[2][3]
- Jan Lewandowski, „Ekspres Reporterów”
- Autor reportażu „Blondynki na sprzedaż” ze stycznia 1982 roku.[2][8] Katalog lubimyczytac.pl przypisuje tom z tym reportażem Janowi Lewandowskiemu urodzonemu 23 lutego 1933 roku w Warszawie, prozaikowi i publicyście, trzykrotnemu laureatowi nagrody Klubu Publicystów Społeczno-Prawnych. Pisał też inne reportaże do serii „Ekspres Reporterów” i był współautorem zbioru reportaży sądowych „Pęknięte lustra Temidy” (Wydawnictwo Prawnicze, 1988). Nie wiemy, czy ten zbiór zawiera tekst o procesie z 1984 roku.[40]
- Inni
- „Życie Literackie” ujawniło nazwiska Włochów; „Kurier Polski” dał sprawę na pierwszą stronę; „Życie Warszawy” w czerwcu opublikowało „Wyzysk człowieka przez człowieka”; pisały też Bożena Basiewicz w „Nadodrzu” i Krystyna Świątecka w „Tygodniku Kulturalnym”.[2][3][15]
- Helena Kowalik, „Wprost”
- Reporterka sądowa, której tekst „Blondynki do konsumpcji” z 2014 roku jest dziś najpełniejszym dostępnym opisem sprawy.[2] Helena Kowalik-Ciemińska, urodzona w 1941 roku, przez czterdzieści lat pisała o sprawach karnych, m.in. dla „Życia Warszawy”, „Przeglądu Tygodniowego” i „Prawa i Życia”, i wydała kilkanaście zbiorów reportaży sądowych; w 1991 roku otrzymała Nagrodę im. Bolesława Prusa za całokształt pracy dziennikarskiej.[41] Jej teksty z „Wprost” ukazały się w zbiorze „PeeReL zza krat. Głośne sprawy sądowe z lat 1945–1989” (PWN); nie sprawdziliśmy, czy zawiera on reportaż o Dziweksie. Jej tekst nie podaje, na jakich dokumentach się opiera; proces z 1984 roku był niejawny.
- Marcin Dzierżanowski, „My Company Polska”
- Autor artykułu z 2023 roku, który dotarł do ogłoszenia z 1980 roku i do cytatów z „Nadodrza”, „Tygodnika Kulturalnego” i wspomnień obrońcy.[3]
Sąd i obrona
- Stanisław Zabłocki
- Obrońca w procesie, wtedy adwokat warszawski, w latach 80. obrońca opozycjonistów, od 1991 roku sędzia Sądu Najwyższego, a w latach 2016–2020 prezes SN kierujący Izbą Karną. We wspomnieniach napisał, że „przewód sądowy szybko rozwiał mity tworzone wokół sprawy”, a „z sali momentami wręcz wiało nudą”.[3]
- Sąd
- Składowi przewodniczyła sędzia. Proces był niejawny. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że „rozgłos, jaki nadano aferze, utrudnił dotarcie w czasie procesu do prawdy materialnej”, i że telewizyjne relacje z zatrzymań były karą dotkliwszą niż wyrok.[2][3]
Solidarność
Na reportaż Śpiewaka odpowiedziała Międzyzakładowa Komisja Koordynacyjna NSZZ „Solidarność” Pracowników Zakładów Rozrywkowych: „Ujawnienie opinii publicznej afery tego typu o charakterze i zasięgu dotąd niespotykanym w naszym kraju było pod każdym względem konieczne. Stało się to możliwe dzięki zmianom dokonującym się w Polsce po sierpniu 1980 r.”.[3][5]
Historycy
- Anna Dobrowolska
- Historyczka (Oksford, Bazylea). Autorka książki „Zawodowe dziewczyny” z rozdziałem „Mewki, tirówki i »Dziwex«” oraz artykułu „Everyone Dreams About Leaving”. Jej teza: sprawa wybuchła, bo zbiegła się z „rewolucją moralną” lat 1980–1981.[3][5][6] Jej obroniona w Oksfordzie w 2021 roku rozprawa doktorska „Sex, Communism, and Videotapes” jest dostępna bezpłatnie; w przypisach podaje dokładne daty i strony artykułów z 1981 roku, z których korzysta ta strona. Przypomina też, że według badań Dariusza Stoli w latach 80. od 70 do 85 procent ankietowanych Polaków deklarowało gotowość do wyjazdu za granicę.[42]