Mechanizm
Nikt nie porywał kobiet z ulicy. Schemat był prostszy i przez to skuteczniejszy: legalna instytucja, legalny nabór, legalny paszport, legalny kontrakt. Dopiero na miejscu okazywało się, czym jest „rewia”. Wszystko poniżej pochodzi z dwóch reportaży: sądowego Heleny Kowalik i historycznego Marcina Dzierżanowskiego, którzy cytują prasę z 1981 roku.[2][3]
1. Ogłoszenie
W 1980 roku w warszawskiej prasie ukazało się ogłoszenie: „Dzielnicowy Dom Kultury Ochota przy współpracy z Biurem Imprez Artystycznych Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych organizuje żeński zespół baletowy dla potrzeb estradowych. Wymagane ukończenie 18. roku życia, pożądane świadectwo dojrzałości, proporcjonalna budowa ciała. Wzrost od 168 do 172 cm”. Podobne ogłoszenia trafiły potem do prasy regionalnej, m.in. w Krakowie, Łodzi i Rzeszowie.[3] ZPR to Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe, państwowy monopolista rozrywki, opisany w rozdziale Ludzie i instytucje. Nie było mowy o umiejętnościach tanecznych. Depesza UPI z maja 1981 roku streściła warunki jako „co najmniej 18 lat, 168 cm, blondynka”.[15]
2. Kogo szukano i kto się zgłaszał
Kandydatki zgłaszały się tysiącami, także z prowincji; organizatorzy zapewniali im nocleg w hotelu, dla wielu pierwszy w życiu.[3] Krystyna Świątecka pisała w „Tygodniku Kulturalnym”: „Liczyły się tylko warunki zewnętrzne. Kwalifikacje nie miały znaczenia. Kelnerkom, kioskarkom, sprzedawczyniom, fryzjerkom, dziewczynom innych zawodów proponowano zagraniczne kontrakty. Po parodniowym, fikcyjnym w istocie przeszkoleniu otrzymywały fikcyjne zaświadczenia”. Bożena Basiewicz w „Nadodrzu”: dziewczyny „musiały mieć odpowiednie rozmiary w biuście, talii i biodrach, powinny mieć odpowiednio długie nogi i – w miarę możliwości – krótki rozum”.[3] Według „Anteny” wystawiano im zaświadczenia, że są adeptkami „Sceny pod kopułą”, i tak załatwiano sprawę kwalifikacji.[3][7]
3. Kwalifikacje
Przesłuchania odbywały się w Hotelu Europejskim w Warszawie. Oceniała je komisja ZPR złożona z choreografów oraz włoscy „impresariowie”.[3] Rzecznik milicji podkreślał później, że „kwalifikacją dziewczyn do wyjazdu zajmowały się uprawnione do tego komisje”, co nadawało procederowi „znamiona legalności”.[2] Polki, z którymi rozmawiał we Włoszech reporter „Kulis”, mówiły wprost, że „ta komisja kwalifikacyjna w ZPR to była lipa, one o tańcu nie miały pojęcia”.[2] Zespoły dostawały nazwy: Mette Show, Lady Shic, Berdo Show, Li-U-Fa, Yoko Show.[2][3]
4. „Atrakcja” i „tło”
Stąd tytuł telewizyjnego reportażu. „Antena” opisała sposób na legalny wywóz grupy: „podejrzani wyszukiwali tzw. atrakcję (mógł to być przykładowo akrobata albo iluzjonista) oraz dodawano »tło«. Atrakcja dochodów nie przynosiła, dawano artyście pokoik, zagwarantowaną w kontrakcie sumkę i pilnował jej gangster”.[3][7] „Tłem” były kobiety.
5. Paszport i kontrakt
W PRL paszport był przywilejem, a wyjazd na Zachód marzeniem. Milicja ustaliła dwa kanały. Jedna grupa jechała z paszportami prywatnymi, jako turystki, do lokali związanych z agencją Maria Gaviraghiego. Drugą, z paszportami służbowymi jako pracownice ZPR, wysyłało ZPR współpracujące z Olivero.[1][2] Kontrakt podpisywano w biurze ZPR. Dyrektor Nowotny bronił go tak: „Problem kontaktu naszych artystek z bywalcami lokali rozstrzygnęliśmy w umowie w ten sposób, że wprowadziliśmy punkt – konsumpcja nieobowiązkowa”.[2] Kobiety znały po włosku „zaledwie dwa-trzy słowa”.[2]
6. Pieniądze
Według prasy z 1981 roku klub płacił ZPR 220 dolarów za dzień pracy „artystki”, z czego kobieta dostawała 33 dolary, czyli 15 procent; rozliczenia szły przez konsulat PRL w Mediolanie.[2][3] Te 33 dolary odpowiadały mniej więcej miesięcznej pensji w Polsce.[3] Polscy naganiacze dostawali, według „Anteny”, 500 dolarów od każdej blondynki plus 3 dolary za każdy dzień, w którym „zaliczała klientów za żetony”.[2][15] Lewandowski opisał pracownika działu zagranicznego ZPR, który na boku brał od wysłanych kobiet 20 dolarów za noc z klientem, a gdy Włoch decydował się na miesięczny ryczałt za kobietę, dostawał od właściciela klubu 500 dolarów.[2][8] Milicja oceniła, że naganiacze zarobili co najmniej milion dolarów.[1][2]
7. Na miejscu: regulamin
Najdokładniejszy opis systemu dał reporterowi „Kulis” oficer biura kryminalnego KG MO. Warto go przytoczyć w całości, bo to jedyna relacja śledczego, jaka się zachowała w prasie:
„Dziewczyny wyjeżdżały do Włoch pod pozorem występów i będą obstawały przy tym, aby nie nazywać pewnych spraw po imieniu. We Włoszech dostały się w tryby systemu wypróbowanego przez Cassaglię. Zaraz po przyjeździe były zaznajamiane z regulaminem agencji, który rzeczywiście jest rygorystyczny. Ze swoich pokoi wychodziły tylko do pracy, o godzinie 22. Do południa spały. W lokalu ich stałe miejsce było na tzw. wystawie, czyli przy stolikach na środku sali. Nie znały języka, z klientami porozumiewali się kelnerzy, którzy też informowali, czy blondynka jest, jak to określali, już »ujeżdżona«, czy też dopiero debiutuje. Młode Polki na pewno wiedziały jedno: mają zwabić do stolika klienta i namawiać go do konsumpcji w loży za przepierzeniem. Jeśli były oporne, właściciel dołączał do grupy dwie-trzy prostytutki i po kilku dniach te oporne dostrzegały, że nowe koleżanki zarabiają więcej, cieszą się względami szefa i otrzymują od klientów prezenty. I raczej już się nie stawiały”.Oficer KG MO w rozmowie z Maciejem Piotrowskim, 1981, za Heleną Kowalik.[2]
„Konsumpcja” oznaczała siedzenie przy stoliku i nakłanianie klienta do zamawiania drogich trunków, przynoszonych do lóż-separatek; za udział w niej kobieta dostawała około 100 lirów, równowartość paczki papierosów.[2] Jeśli klient się zdecydował, „brał podstawioną dziewczynę do boksu. Nie płacił jej, ale musiał kupować szampana – od chwili wejścia za przepierzenie bił licznik”.[2] Za noc poza lokalem klient płacił właścicielowi 200–300 tysięcy lirów, z czego kobieta dostawała pięć procent.[2]
Dlaczego to działało
Historyczka Anna Dobrowolska zwraca uwagę, że tytuł jej artykułu, „Wszyscy marzą o wyjeździe”, jest cytatem z epoki. Bieda, brak perspektyw i zamknięte granice sprawiały, że oferta wyjazdu na Zachód z legalnym paszportem była nie do odrzucenia.[5] Piosenka kabaretu Tey mówi to wprost: „Zośka miała lat dwadzieścia, oraz ojca na kolei, / grzyb na ścianie w domu osiadł, młodszy brat się wykoleił. / Bieda, w domu była wielka bieda”.[3][9] Państwo dostarczało dokumenty i komisję, agencja dostarczała miejsca pracy, a granica między jednym a drugim była niewidoczna dla dwudziestolatki z Rzeszowa. Po reportażach Piotrowskiego liczba wniosków wizowych młodych kobiet w ambasadzie Włoch wzrosła wielokrotnie.[2][3]