Kobiety
Nie ma listy nazwisk. Kobiety zeznawały anonimowo albo pod imieniem, a większość z tych, które zostały we Włoszech, nie zeznawała wcale. Cytujemy to, co zostało opublikowane, bez upiększeń, i oddzielamy to, co powiedziały same kobiety, od tego, co napisała o nich prasa.
Uwaga: opisy przemocy
Co pisała prasa w 1981 roku
To twierdzenia dziennikarzy, przede wszystkim Jana Śpiewaka z „Anteny”, przytaczane potem przez innych. Nie zostały potwierdzone w procesie.
Kluby „pod wdzięcznymi nazwami Rosa Pantera, Blue Notte, Omnibus, Moulin del Topo” to „domy publiczne prowadzone przez mafię. Przy wejściu stał ich człowiek ze spluwą w ręku. Za każde nieposłuszeństwo strzelał dziewczynie w ucho – najpierw w lewe, potem prawe. Młodym Polkom, które znały zaledwie dwa-trzy słowa po włosku, odbierano na dzień dobry paszporty. Za stroje płaciły w naturze”.„Antena”, marzec 1981, za Heleną Kowalik.[2][7] W innym miejscu „Antena” pisze, że strażnicy „Franco czy Mauro” grozili odstrzeleniem ucha.[3]
„Dziewczyny się rozpiły, a większość wylądowała jako prostytutki na autostradzie”.Jan Śpiewak, „Antena”, 1981.[2][3]
W jednym z lokali Maria Gaviraghiego włoska policja znalazła dziewczynę uduszoną nylonową pończochą wciśniętą do gardła. „To wizytówka mafii, o której ofiara za dużo mówiła”. To odkrycie doprowadziło do jego aresztowania.Za Heleną Kowalik, która powołuje się na prasę włoską. Źródło nie podaje narodowości ofiary.[2][3]
Co powiedziały same kobiety
„W mojej grupie tanecznej było nas pięć. Na lotnisku przywitał nas Camillo Cassaglia, czarujący sukinsyn. Zajechaliśmy do Omnibusa, to taka knajpka koło Florencji. Nie wiedziałyśmy, co w praktyce znaczy ta konsumpcja. Trzy dziewczyny z naszej grupy miały pecha, zaszły w ciążę. W innych grupach było jeszcze gorzej. Jednej przestrzelono policzek, o dwóch zaginął wszelki ślad. Prawie wszystkie się rozpiły”.„Magda”, 20 lat, „Życie Warszawy”, czerwiec 1981, artykuł „Wyzysk człowieka przez człowieka”.[2]
„Na początku było trudno. Nawet zmieniłam lokal, ale u tego samego właściciela. Bo w pierwszym nie było sali z parkietem do tańca, tylko boksy jak dla koni. A w nich stolik i kanapa. Nie chciałam za nic do tych boksów, chociaż płacili za noc 15 tys. lirów. Nieraz dostałam za opór po twarzy. W końcu propedario zaproponował, że niby nie muszę iść z gościem do łóżka, wystarczy, abym się z nim upijała. Wystarczyło, że klient mnie obśliniał i obmacywał”.Mariola z Rzeszowa, osiem miesięcy w lokalach Gaviraghiego, „Ekspres Reporterów”, 1982. Szacowała, że pracowało tam około 700 Polek.[2][8]
Pojechała do Włoch z mężem, fotografem. Gdy tylko rozejrzała się po lokalu, powiedziała mu: „jesteśmy w burdelu”. Tylko raz miała okazję zaśpiewać dla gości. Ponieważ odmawiała pójścia do boksu, godzinami tkwiła samotnie przy stoliku, popijając wodę. Właściciel Omnibusa oddał jej paszport dopiero po upływie terminu kontraktu.Ewa G., zespół Yoko Show, w rozmowie z Maciejem Piotrowskim.[2] Małżeństwo C., kierujące zespołem, twierdziło potem, że G. pomówiła Cassaglię, bo odmówił jej podwyżki i zatrudnienia męża.[2]
Polki pracujące w Omnibusie przyznawały, „że z występów tanecznych niewiele wyszło, ale też nie miały czego żałować”. Miały „siedzieć przy stoliku choćby całą noc i prowokować klientów, aby postawili butelkę szampana. Może nie było wygodnie, ale gdy się było miłą dla klienta, sprezentował zagraniczny sweterek czy rajstopy”.Rozmowy Macieja Piotrowskiego w Omnibusie, 1981, za Kowalik.[2]
Kobiety, które wróciły, „przed wyjazdem z kraju miały czyste kartoteki, teraz są traktowane przez otoczenie jak prostytutki. Dlatego z takimi oporami składają zeznania”.Rzecznik KG MO na konferencji prasowej, lipiec 1981.[2]
Głosy, które komplikują obraz
Dokumentacja, która pomija te relacje, byłaby nieuczciwa wobec kobiet, które je złożyły.
„Dowiedziałyśmy się, że pracujemy w domu publicznym, pod lufą strażników mafii. Jest to dla nas ogromna obraza […]. Od momentu przybycia do Włoch możemy swobodnie się poruszać po całym kraju, nie rozumiemy, na jakiej podstawie pisze się, że nasi impresariowie to przestępcy”.List Polek występujących w lokalach agencji Olivero, przesłany przez konsula PRL w Mediolanie do ZPR i kilku warszawskich redakcji, wiosna 1981. „W redakcjach list schowano na dno szuflady”.[2]
Nikt im niczego nie kazał. W umowach sporządzonych w biurze ZPR było zastrzeżenie, że tzw. konsumpcja jest nieobowiązkowa. Z wyprawy wyniosła „jak najlepsze wspomnienia”.Bożena M., kierowniczka zespołu Lady Shic. Kontakt do niej i do Ewy G. reporter dostał od rzecznika milicji, „na zasadzie dobrego i złego policjanta”.[2]
„Nie wiadomo, po co gazety to rozgrzebują. Wyjechałam, zobaczyłam kawałek świata, zarobiłam, mogę tu kupić mieszkanie spółdzielcze. A tak to bym do emerytury stała za bufetem na stacji kolejowej w mojej miejscowości”.Jedna z kobiet, które wróciły, „Ekspres Reporterów”, 1982.[2][8]
„Te propozycje, Wysoki Sądzie, były, prawdę mówiąc, zupełnie jednoznaczne. Ale propozycje takie spotkały mnie i spotykają nadal także na terenie Polski, a ja po prostu wiem, jak na nie reagować”.Świadek w procesie, 1984, cytowana we wspomnieniach obrońcy Stanisława Zabłockiego.[3]
Tancerki z zespołu Mette po wygaśnięciu kontraktu samowolnie przedłużyły pobyt we Włoszech, dogadując się z konkurencją Olivero.Za dyrektorem ZPR Nowotnym.[2][3]
„Nie wrócimy do Polski, chyba że martwe”.Tytuł artykułu włoskiej gazety o Polkach na kontrakcie, pokazany reporterowi „Kulis” przez małżeństwo C. w 1981 roku. Gazeta nie została zidentyfikowana.[2]
Jak to czytać
Trzy uwagi. Po pierwsze, najbardziej drastyczne obrazy, strzelanie w uszy, uzbrojony strażnik, autostrada, pochodzą z prasy, nie z zeznań kobiet; w zeznaniach są bicie po twarzy, odebrane paszporty, ciąże, alkohol, zaginięcia i jeden przestrzelony policzek. Po drugie, list przez konsula napisały kobiety, które w chwili pisania wciąż pracowały w opisanych lokalach, i przekazały go przez instytucję państwa będącego stroną kontraktu. Po trzecie, część kobiet wiedziała, na co jedzie, i uznała, że warto.
Te relacje nie wykluczają się nawzajem. Ta sama oferta trafiała do kobiet w bardzo różnej sytuacji. Prawo, także dzisiejsze, nie pyta, czy ktoś się „zgodził”, gdy zgoda została uzyskana podstępem, a wyjście zamknięto odebraniem dokumentów.[12][16] Sąd w 1984 roku uznał, że „nikt nikogo do niczego nie zmuszał”.[3] Uzasadnienie tego wyroku zajmuje rozdział Proces.
Anna Dobrowolska pokazuje jeszcze jedno: sposób, w jaki prasa PRL pisała o tych kobietach, w tym sam wyraz „Dziwex”, był pogardliwy. Uczynił z nich albo naiwne ofiary, albo „dziwki”, i w obu wersjach odebrał im głos.[3][5][6] Ta strona stara się go oddać w takim zakresie, w jakim pozwalają źródła.